Świadectwa

40 lat bólu

Ból po stracie dziecka nosiłam w sercu przez ponad 40 lat. Aborcji dokonałam jako młoda dziewczyna, nic nie wiedząc o jej skutkach, ani nie zdając sobie sprawy z tego, że zabijam własne dziecko. Był to wtedy zresztą powszechnie stosowany „środek antykoncepcyjny” tak bardzo rozpowszechniony i akceptowany przez ogół społeczeństwa, że większość kobiet podobnie jak ja, nie zdawało sobie sprawy z tego co czynią, że jest to zabójstwo niewinnej istoty ludzkiej, jeden z najcięższych grzechów podlegających ekskomunice kościelnej.

Jednak moje sumienie wyrzucało mi, że zrobiłam bardzo źle. Bałam się Boga, przestałam chodzić do Kościoła. Przez całe lata byłam sparaliżowana lękiem, który na próżno starałam się w sobie stłumić. Kiedy wypadały uroczystości rodzinne takie jak ślub, czy chrzest, odwiedzałam Kościół. Parokrotnie byłam też u spowiedzi, bo pragnęłam przyjąć Pana Jezusa w Komunii Świętej, ale z powodu ogromnego lęku, nigdy nie wyznałam swojej winy w konfesjonale. Powodowało to coraz większe obciążenie, poczucie winy, nieprawdopodobną udrękę duchową. Byłam bardzo nieszczęśliwa, choć na zewnątrz udawałam, że wszystko jest porządku, ale mój ból narastał i stawał się nie do wytrzymania.

Nie wierzyłam, że kiedykolwiek mogłabym stać się szczęśliwą, pełną pokoju, kochającą kobietą, jaką byłam niegdyś. Nie będę wdawać się w szczegóły i opisywać tego, co działo się w moim domu, powiem tylko tyle, że tam, gdzie została dokonana aborcja, nigdy nie będzie szczęścia, chyba, że człowiek zwróci się do Boga i uwierzy w jego niezgłębione miłosierdzie… ale ja już straciłam wszelką nadzieję. Bóg znał jednak moje cierpienie i któregoś dnia pochylił się nade mną.

Stało się to poprzez audycję, którą usłyszałam w katolickim radio. Przez cały rok szukałam kontaktu z osobami, które ją prowadziły. Kiedy w końcu udało mi się skontaktować z jedną z osób prowadzących, na nowo nabrałam otuchy i postanowiłam odbyć szczerą spowiedź.

W tym celu specjalnie udaliśmy się z mężem do Częstochowy. Tam dowiedziałam się jakie kroki powinnam podjąć, by Bóg mógł dokonać we mnie procesu uzdrowienia i uwolnić mnie z ogromu winy, który dźwigałam przez te wszystkie lata. Na Jasnej Górze odbyliśmy razem z mężem spowiedź, potem długą rozmowę, podczas której otrzymaliśmy stosowne modlitwy (dla ojca i matki), które odmówiliśmy przed Cudownym Obrazem Matki Bożej, łącząc się duchowo z naszym dzieckiem, którego przed laty nie przyjęliśmy do rodziny.

Doznaliśmy wówczas ogromnej radości, pokoju serca i wielkiej wdzięczności Bogu za ogrom Jego Miłosierdzia i wyprostowanie naszych zawiłych dróg. Dziś wiem, że tylko Bóg, który przecież nie żyje w czasie, może czas cofnąć i  na nowo wprowadzić harmonię do najbardziej pogmatwanego związku. Bowiem kochający się rodzice to także gwarancja szczęścia w rodzinie.

 

Niewinna pigułka

Kiedy dowiedziałam się, że będziemy mieć trzecie dziecko, wpadłam w panikę. Mimo bardzo dobrych warunków materialnych (mamy piękny dom i nigdy nie narzekaliśmy na finanse), opanował mnie jakiś strach, że sobie nie poradzę i utknę w pieluchach na następnych kilka lat. Udałam się prywatnie do lekarza, niemalże wymuszając na nim potwierdzenie mojej decyzji usunięcia dziecka. Lekarka długo mi tłumaczyła, bym tego nie robiła, w końcu jednak ustąpiła i zapisała mi tabletkę poronną, która zażyłam zaraz po powrocie do domu. Nie wiem, dlaczego to zrobiłam. Zarówno moja mama, jak i mąż bardzo pragnęli, abym urodziła to dziecko i zapewniali o swojej pomocy. Mama zresztą mieszkała razem z nami i właściwie przejęła wszystkie moje obowiązki, więc nie miałam żadnych powodów, by panikować. Kiedy połknęłam tabletkę, wpadłam w rozpacz. Chciałam spowodować torsje, ale niestety było za późno.

Kilka godzin później poroniłam. Wtedy zaczęło się prawdziwe piekło. Nie mogłam spać, jeść, ani przez chwilę zająć się czymś innym poza myśleniem nad stratą ukochanego maleństwa, które sama zniszczyłam. Chciałam umrzeć i natychmiast połączyć się z moim dzieckiem. Natarczywe myśli oraz kompletny brak snu powodowały tak wielkie rozchwianie emocjonalne, że musiałam korzystać z pomocy kolejnych lekarzy – najpierw psychiatry, potem neurologa, bowiem nasilające się migrenowe bóle głowy jeszcze potęgowały moje cierpienie psychiczne. Nie działały też tabletki przeciwbólowe ani nasenne.

Najgorsze było to, że szukałam winy w innych, oskarżając ich o spowodowanie mojego nieszczęścia. Robiłam awantury mamie, mężowi, pani ginekolog, u której wcześniej byłam, biegałam do księdza, spowiedzi, wydzwaniałam po kilkanaście razy na dobę do różnych znajomych. To była prawdziwa gehenna.

Postanowiłam ostatecznie skończyć ze sobą i wtedy dostałam adres do osoby, która w podobnej sytuacji pomogła wielu kobietom. Odbyłyśmy długa rozmowę, a potem razem ze mną uklękła, pomóc mi odmówić modlitwę o pojednanie z Bogiem i własnym dzieckiem. Głośno szlochając, momentami krzycząc z bólu, odmówiłam modlitwę. Wtedy po raz pierwszy poczułam ulgę. Proces mojego uzdrowienia trwał jeszcze kilka miesięcy. Codziennie uczęszczałam na Mszę Św. i przyjmowałam Pana Jezusa do serca. Nieoczekiwanie dla mnie któregoś dnia Pan Bóg całkowicie zdjął ciężar z mojego serca, poczułam się wolna, niewyobrażalnie szczęśliwa i kochana, mimo złej przeszłości. Niemal namacalnie doświadczyłam obecności kochającego Ojca. Zebrałam wtedy wszystkie moje kosztowności, biżuterię, drogocenne pierścienie, złoto i w podzięce oddałam Matce Bożej Częstochowskiej.

W tym bolesnym doświadczeniu odkryłam, że żadne bogactwo ani największe dobra tego świata nie są w stanie zaspokoić ludzkiego serca i pragnienia miłości, której tak wiele doznałam od ludzi, a której odmówiłam swojemu dziecku. Rozpoczęłam nowe życie, a niedługo potem znalazłam się w stanie błogosławionym i szczęśliwie urodziłam wspaniałego syna, który jest radością całej naszej rodziny. Mimo, iż po owym wydarzeniu został trwały znak(cierpię na epilepsję z powodu uszkodzenia mózgu wynikającego z wielotygodniowej bezsenności), jestem dzisiaj szczęśliwą matką w normalnej rodzinie.

 

Jezus Miłosierny uzdrawia

Droga Siostro! Piszę do Ciebie ten list z nadzieją, że może on Ci pomóc! Jestem matką siedmiorga dzieci. Troje urodziłam, dla czworga stałam się miejscem śmierci. Chociaż wydarzyło się to dawno, bo ponad trzydzieści lat temu i przygotowując się do pierwszej Komunii świętej najstarszego syna byłam u spowiedzi otrzymując rozgrzeszenie, poranienie pozostało.

Temat ten głęboko zamknęłam, schowałam starając się zapomnieć. To moje „zapomnienie” polegało tylko na tym, że nigdy i z nikim nie mówiłam o przerywaniu ciąży. Słysząc jak inni poruszali ten temat byłam pełna niepokoju, smutku i bólu. Mijały lata, dochodziły różne problemy życiowe jak: wyjazd z rodziną do Niemiec, troska o dorosłe już dzieci i wiele innych kłopotów. Depresja. Leczenie psychosomatyczne trwało prawie dziesięć lat. Trzy razy byłam w sanatorium. Lekarze starali się mi pomóc, znaleźć przyczynę choroby, ja natomiast widziałam tylko moje obecne problemy. Całkowite zagubienie i pragnienie ucieczki, ale dokąd? Zamknięty krąg. Beznadzieja.

Przez te wszystkie lata, chociaż chodziłam do kościoła, to naprawdę tylko „chodziłam”. Bałam się Pana Boga. Wydawało mi się , że jestem niegodna tam przychodzić. Tylko do Maryi miałam odwagę się zwrócić, została moją powierniczką, do Niej zwracałam się z moimi problemami, ale sama niewiele robiłam. Będąc w Polsce w roku 1997 weszłam do księgarni katolickiej i na bocznym stoliku spostrzegłam „Dzienniczek” siostry Faustyny Kowalskiej, który natychmiast kupiłam.

Zadziwiło mnie Boże miłosierdzie! Zadziwiło i spowodowało pragnienie doświadczenia go, lecz dusza moja była głucha. Zaczęłam odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Uparcie i ciągle. Wynotowałam sobie wszystkie słowa Pana Jezusa zapisane przez świętą Faustynę. Szczególnie głęboko poruszyły mnie słowa Pana Jezusa, które zapisała w Zeszycie Piątym, 1541: „Córko moja, zachęcaj dusze do odmawiania tej koronki, którą ci podałem. Przez odmawianie tej koronki podoba mi się dać wszystko, o co mnie prosić będą. …Napisz dla dusz strapionych: Gdy dusza ujrzy i pozna ciężkość swych grzechów, gdy się odsłoni przed oczyma jej duszy cała przepaść nędzy, w jakiej się pogrążyła, niech nie rozpacza, ale z ufnością niech się rzuci w ramiona mojego miłosierdzia, jak dziecko w objęcia ukochanej matki. Dusze te mają pierwszeństwo do mojego litościwego serca, one mają pierwszeństwo do mojego miłosierdzia.

” Czytałam i płakałam, i nie wiedziałam co ze sobą zrobić. I wtedy właśnie, kiedy wołanie: „Jezu ufam Tobie” było moim SOS, we wrześniu 1998 roku odbyły się rekolekcje prowadzone przez O. Józefa Kozłowskiego z Odnowy w Duchu Świętym w Łodzi wraz z Zespołem Ewangelizacyjnym „Mocni w Duchu”. Pomyślałam wtedy , że tylko Duch Święty może mnie oświecić. I tak się stało! Z pragnieniem ponownego wyznania grzechów przeciwko życiu, udałam się do konfesjonału otrzymując dar: modlitwę uwolnienia ze skutków grzechów.

Nareszcie opadły okowy, zaczęłam rozumieć przyczynę mojej depresji. Zachwyciło mnie nieskończone, przebaczające Boże miłosierdzie, którego tyle lat nie rozumiałam. Zrozumiałam wreszcie i wybaczyłam również sobie. Przeżyłam Seminarium Życia w Duchu Świętym. Cotygodniowe spotkania w grupie modlitewnej z ludźmi, którzy otwierali swoje serca Jezusowi, aby w nich mieszkał i przemieniał je, dawały mi siłę . I już nie było pustki. Powróciła radość życia. Zostałam uzdrowiona z depresji.

I znowu zadziwienie, że i mnie Pan uzdrowił! Lecz o moich dzieciach tych, którym nie dałam żyć myślałam i dziwna tęsknota trwała. Dzięki łasce jaką jest kierownictwo duchowe, weszłam na drogę pokuty. Moja adopcja duchowa, którą nazwałam „Poczęciem Miłości” trwająca dziewięć miesięcy, to uznanie sercem, pokochanie moich dzieci. Codziennie jedna tajemnica różańca, a więc przez Maryję, Matkę. Do tego zapragnęłam, aby te dziewięć miesięcy było nowenną uwielbienia Boga Dawcy Życia, przez codzienne rozważanie i obserwowanie rozwoju dziecka w łonie matki. Więc wielbiłam Boga w genach, chromosomach, w każdej nowej komórce, …Zachwyciłam się cudem i pięknem rozwoju nowego życia, ale i trwał ból, który nazwałam „bólem prawdy o sobie”. Ten ból był mi potrzebny, uczył miłości.

Z Maryją rozmawiałam o moich dzieciach i prosiłam Ją , aby przekazywała im moją miłość .Moje poranienie wewnętrzne było tak głębokie, że nie mogłam się do nich zwrócić bezpośrednio. Zapragnęłam wreszcie, i mogłam to pragnienie powierzyć Maryi, aby moje dzieci miały imiona. Prosiłam Ją tak: „Widzisz Mamo z jakim pragnieniem jestem u Ciebie i jakie to mają być imiona, przecież nie znam ich płci, zaradź, pomóż mi w tej sprawie, proszę.” Był to koniec siódmego miesiąca mojej modlitwy miłości, w przeddzień święta M. B. Częstochowskiej.

Następnego dnia rano spiesząc się do pracy pomyślałam sobie, że przeczytam tylko dwa zdania z Pisma Świętego, bo już i tak jestem prawie spóźniona. Otworzyłam więc i przeczytałam: Dn 1, 6 – 7 „Spośród synów judzkich byli wśród nich Daniel, Chananiasz, Miszael i Azariasz. Nadzorca służby dworskiej nadał im imiona, …” Więc mogę nadać imiona moim czterem synom! Cała w dziękczynieniu wybiegłam do pracy. Moi synowie otrzymali imiona: Mateusz, Marek, Łukasz i Jan. Po raz pierwszy zwróciłam się do nich bezpośrednio nadając im kolejno imiona i prosząc ich o przebaczenie.

 

Uzdrowienie we śnie

To się stało przed wielu laty. Byłam wtedy młodą dziewczyną. Kochałam swego chłopca i za wszelką cenę chciałam go zatrzymać. Powiedziano mi, że to jeszcze nie dziecko, a tylko zlepek komórek, bezkształtna masa. Dziewczyny w akademiku miały już to za sobą. Przeżyć przygodę, mieć zabieg to było nawet w jakimś sensie modne.

Nie myślałam wtedy o Bogu ani o konsekwencjach. Cierpienie przyszło wiele lat później, kiedy byłam już żoną i matką. Uderzyło mnie nagle z wielką siłą. Bóg jeden wie co przeżyłam. Uciekałam na widok dziecięcych wózków, wypłakiwałam się w poduszkę podczas bezsennych nocy.

Rodziły się kolejne dzieci. Myślałam, że wtedy zapomnę. Istotnie było to złagodzenie bólu i uwielbienie Bożego Miłosierdzia. Zdumienie, że Bóg powierza mi kolejne dziecko, choć wie co zrobiłam z tym co dał mi wcześniej. Lecz bolesna rana nie zagoiła się ani w mojej świadomości, ani w moim sercu. Wystarczyło, że któreś z dzieci zachorowało a ogarniał mnie przeraźliwy lęk, że oto nadchodzi zaległa kara i Bóg zechce mi je odebrać.

Lecz było coś jeszcze gorszego. W niewinnym spojrzeniu, w wyciągniętych rękach, radosnym gaworzeniu, widziałam to dziecko, któremu nie dałam szans, odbierając mu prawo do życia i miłości. Pamiętam taki bardzo tragiczny wieczór. Karmiłam dziecko wtulone we mnie ufne i bezpieczne, spokojnie ssało moją pierś. Nagle moje serce przeszył nieopisany ból. Coś we mnie krzyczało. To dziecko to cud, święte Dzieło samego Boga – a ja je zabiłam. Zniszczyłam wspaniały Boży plan wobec tej niepowtarzalnej istoty ludzkiej. Byłam wstrząśnięta, wewnętrznie rozdarta. Płakałam, a moje łzy padały na uśpioną główkę dziecka.

Uklękłam, wzięłam krzyż, przytuliłam go do piersi. Wszystko we mnie krzyczało z bólu. Zrozumiałam wtedy, że mój grzech nie tylko dotknął mnie, ale przede wszystkim zranił Boga, ukrzyżował Go, zabił. Zasnęłam spłakana, z różańcem w ręku i małym obrazkiem Jezusa Miłosiernego na piersi.

W nocy miałam dziwny sen. Przyszedł do mnie Jezus. Nie widziałam Jego twarzy, a tylko wysmukłą majestatyczną postać zbliżającą się ku mnie. Stałam naprzeciwko Niego przerażona, zalękniona, zdruzgotana swym grzechem. A On wziął mnie w ramiona i przytulił tak jak najczulsza matka tuli swe chore cierpiące dziecko. Jego miłość przeniknęła całą moją istotę, każdą komórkę mojego ciała, dosięgając głębi zranionego serca. Zawładnęło mną nieprawdopodobne uczucie miłości, której nie sposób opisać słowami, ani wyrazić po ludzku, bo takiej miłości nie zaznałam nigdy tu na ziemi. Wiedziałam, że Jezus mnie kocha, przebacza mi i nie chce bym więcej cierpiała.

Zostałam uzdrowiona a wraz z tym uzdrowieniem Bóg wlał w moje serce nową wiarę, nadzieję i miłość, którą pragnę przekazać wszystkim matkom.

 

Świadectwo ojca

Jestem naukowcem, człowiekiem którego zawsze pasjonowało poznawanie świata i jego tajemnic. Wstyd się przyznać ale nie miałem elementarnej wiedzy na temat początków życia ludzkiego ani też świadomości, że zabijam własne dziecko. Jak większość mężczyzn, nie uważałem tego czynu za jakieś szczególne przestępstwo.

W moich czasach nie było na ten temat żadnych dostępnych publikacji i nikt o tym nie dyskutował. Był to temat tabu nawet w Kościele, do którego od czasu do czasu uczęszczałem – bez większego zaangażowania. Gdybym wtedy wiedział, to co wiem dziś i znał konsekwencje mojej tragicznej decyzji, nigdy bym do tego nie dopuścił. Nigdy bym też nie strzelił sobie samobójczej bramki, skazując na cierpienie żonę, którą poślubiłem z miłości i która z tego powodu przeszła gehennę.

Cierpienie, które przyszło po latach zwaliło mnie z nóg. Wyniszczające poczucie winy i wyrzuty sumienia, które nie dawały mi spokoju, topiłem w alkoholu, który stał się dla mnie ostatnią deską ratunku. Chciałem zapomnieć i nie myśleć o dzieciach, którym nie ma i nie będzie, przegranym życiu, zmarnowanych szansach.

Często wyładowywałem swoją złość na żonie i byłem wobec niej agresywny. Myślę, że w głębi serca miałem do niej podświadomy żal, że zbyt łatwo uległa i jako matka nie walczyła o nasze dziecko i poświęciła je dla mnie w imię miłości. A ja wtedy o miłości niewiele wiedziałem. Nie doświadczyłem jej w domu rodzinnym ani nie powiedziano mi o niej w szkole, nie spotkałem też ludzi, którzy by się naprawdę kochali. Dla mnie miłość wtedy to była fascynacja, dobry seks i atrakcyjna dziewczyna. Nic nie wiedziałem o budowaniu miłości na ewangelicznych wzorcach.

Bardzo żałuję tego co zrobiłem i dziękuję Bogu, że dał mi czas na naprawienie krzywd. Krzyż, który dźwigam jest dla mnie pokutą, za którą jestem wdzięczny Bogu, bo niosę go razem z Krzyżem Chrystusa i idę ku zwycięstwu. Jestem wdzięczny Bogu za modlitwę uwolnienia od ciężaru winy, która mocno przeorała moje serce. Dziś wiem, że nie można budować domu na zgliszczach, że życie i śmierć nie mogą chodzić ze sobą w parze – tak jak nie mogą się ze sobą zaprzyjaźnić miłość i nienawiść.

zebrała: Wieslawa Grzeszczak-Kowalska